piątek, 14 lutego 2014

                                                Część 6

Chester:
Nie mogę otworzyć oczu... umarłem? Czy to możliwe? Nie... przecież oddycham. Czuję kogoś w pobliżu, czuję jak smukłe długie palce zaciskają się na mojej dłoni. Chce odwzajemnić uścisk, ale nie mogę. Nie mam kontroli nad własnym ciałem, ale jednak żyję. Może do końca życia nie będę mógł się ruszyć. Mijają godziny. Ktoś wchodzi, wychodzi. Słysze szybkie, ciche rozmowy. Jednak przy moim łóżku nadal ktoś siedzi. To Tal, wiedziałem, kiedy jej głowa opadła powoli na moje ramię. Płakała, jej ciepłe łzy ześlizgiwały się wzdłuż mojej ręki na kafelkową posadzkę. Nie mogłem się odezwać, ale nie chcę żeby płakała przeze mnie, zawsze dawałem jej tak dużo powodów do płaczu. Teraz cierpię kiedy widzę łzy na jej twarzy. Po chwili usłyszałem jej równy oddech i sam zasnąłem.
Obudziła mnie rozmowa:
- No cóż, nie ukrywam że stan pani męża jest naprawdę poważny, ale nic nie zagraża jego życiu.
- Panie doktorze... czy może mi pan powiedzieć kiedy on się obudzi?
- Nie jesteśmy w stanie dokładnie tego stwierdzić...myślę że w ciągu następnych trzech godzin, ale mogą to być równie dobrze dwie doby. Trudno się dziwić, kiedy ma się połamane żebra i wstrząs mózgu... Przepraszam muszę już iść, inni pacjenci czekają.
- Tak, naturalnie, dziękuję.
Trzask drzwiami. Czy to znaczy, że nadal śpię? Przecież ja wszystko słyszę, czuję... Otworzyłem oczy, nareszcie. Biel ścian raziła tak mocno , że musiałem długo je mrużyć zanim przywykłem do tej wizji.
- Chester? Kochanie, jak się czujesz?
chciałem powiedzieć "dobrze" jednak brzmiało to bardziej jak Mike w toalecie w studiu... Ta myśl przywiodła na moją twarz  lekki uśmiech. Talinda chyba to zrozumiała, mam taką nadzieję. Też się do mnie uśmiechnęła i nie wiadomo czemu znów się rozpłakała.
- Nie.. płacz...proszę...
Powiedziałem z trudem łapiąc oddech. Wtedy ktoś dosłownie wbiegł do sali na co Tal odwróciła się nerwowo.
- Chester!
Usłyszałem głos Mike'a.
- To ja może dam wam pogadać.
Powiedziała moja żona i powoli poszła w stronę drzwi. Nie chciałem żeby wychodziła, ale musiałem pogadać z przyjacielem. Więc zacząłem:
- Co.. się właściwie sstało?
- Jak to? Nikt ci nie powiedział? No więc Tal do mnie dzwoniła, ja    i Brad poszliśmy cie szukać do studia i... leżałeś cały we krwi i ... karetka..ee zabrała cię do szpitala. Jakieś cztery dni temu...
Zapadła głucha cisza.
-A co ze studiem?!
Nagle przypomniałem sobie co wydarzyło się zanim tu trafiłem.
- No... trochę sprzętu można spisać na straty i...
- Ukradli i  zdemolowali wszystko co się dało.
Joe stał w rogu sali, po minie Mikey'a wywnioskowałem, że on też jest zaskoczony jego obecnością.
Po chwili dotarł do mnie sens jego słów. Nasze studio... zdemolowane? Wszystko zaczęło mnie boleć cztery razy mocniej. Zaczęły mi się ukazywać mroczki przed oczami zanim Mike powiedział:

- Musiałeś tak prosto z mostu?
- Chyba lepiej żeby od razu wiedział na czym stoimy. Potem na widok "studia" dostałby zawału.
Kiedy Shinoda otwierał już usta żeby się odgryźć przerwałem ich kłótnie:
- Słuchajcie... przepraszam. Ja mogłem coś zrobić, byłem tam ostatni i ...
Nie wiedziałem co powiedzieć, na moje szczęście po raz kolejny usłyszałem głos Shinody.
-Daj spokój stary, miałeś się rzucić na.... chwila, ilu ich tam było..?
- czterech...
Odpowiedziałem niechętnie, a przyjaciel kontynuował:
- Miałeś się rzucić na czterech facetów? Zwariowałeś? Dobrze, że w ogóle żyjesz.

- Brad z Robem już tu jadą, a Dave będzie za godzinę. Tak poza tematem...
Odezwał się Mr. Hahn.

Kolejne trzy dni przeleżałem w szpitalu. Nalegałem żeby Tal jeździła na noc do domu, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Była przy mnie cały czas. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie płakała. Ukrywała to przede mną, ale oboje znamy się na wylot. Nie mogłem już patrzeć na jej ból, więc pewnego wieczory zapytałem.
- Kochanie, co się dzieje, czemu płaczesz?
- Nie płacze, tylko...
- Tylko co?
- Ja....Ty...byłeś cały we krwi... myślałam, że...
Wybuchła płaczem. Przytuliłem ją w miarę moich możliwości ruchowych. A ona wychlipała przez łzy:
- Mogłam cię stracić...
- Tal, ty nigdy mnie nie stracisz. Słyszysz? Nigdy.
Pocałowałem ja w czoło.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Przesiedzieliśmy całą noc przytulając się i ciesząc po prostu swoją obecnością.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
coś mi nie wyszedł ten rozdział ; /



3 komentarze:

  1. Ojeju, biedny Chester i Talinda :( Jak oni się kochają :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie to wspaniałe, rozdziały piszesz lekko za krótkie, ale sposób w jaki to robisz jest idealny, Chyba wcześniej nie dodawałaś komentarzy pod moimi postami, i dopiero teraz odnalazłam twojego bloga i nie żałuję!
    Mam nadzieję że będziesz mi dawać znać, jak pojawi się nowy rozdział.
    Chcę wiedzieć co z tymi koszmarami Chestera, dlaczego go dręczą?
    Czy między Bennodą będzie ok, czy będą się nadal sprzeczać?
    I chcę cię prosić o jedną rzecz. Poszperaj w ustawieniach do komentarzy i zrób tak, by nie trzeba było przepisywać tekstu z obrazka, przed dodaniem komentarza, bo mnie to osobiście bardzo zniechęca. :(
    Weny, i czekam na następny <3

    OdpowiedzUsuń