piątek, 2 maja 2014

                                         Część 7


Nareszcie, wyszedłem ze szpitala! Co prawda na własne życzenie, ale czy ktoś musi o tym wiedzieć? Jednak ktoś musi....  Zaczyna sie, dopiero wróciłem, a już chcą mnie odesłać  z powrotem. To mają być kumple?!
Phoenix: Chester nie możesz wypisywać się ze szpitala kiedy akurat zachce ci się wyjść!
Brad: miałeś poważny wypadek człowieku.
Joe: Czy ktoś widział moje frytki?!
Rob: Oszalałeś, prawda?
- NIE! Ale jak sie nie zamkniecie to oszaleje! Dajcie mi spokój. Wiem co robię, czuję się dobrze, więc w czym problem?!
I w tej właśnie chwili Mike wszedł do studia. Właściwie nie jestem pewien czy nie przysłuchiwał się naszej rozmowie, bo po chwili stwierdził:
- W tym problem, że jak się rozsypiesz to nie będziemy cię zbierać... Dosłownie.
Joe: Nie, w ty problem, że ktoś zeżarł mi frytki! A w ogóle, jeżeli moje zdanie się liczy to Chaz chyba wie co robi, no nie? W końcu ryzykuje własne zdrowie.
-Tak! Ktoś tu jednak mnie rozumie, dzięki Joe.
- Nie ma sprawy, wisisz mi frytki.
Resztę czasu spędziliśmy dosyć tradycyjnie na pisaniu tekstów, ale jakoś nikt nie garnął się do rozmowy. Wieczorem Brad troche pobrzdąkał na gitarze i chłopaki zaczęli się rozjeżdżać. Najpierw Rob twierdząc, że "ma ważną sprawę na mieście", po nim kolejno Dave, Mike i Brad. Joe miał już wychodzić, ale zatrzymałem go pytaniem:
- Na serio myślisz, że dobrze robię? No wiesz, wypisując sie ze szpitala...
- Jasne, że nie zrobiłem to tylko dla frytek. Twoje życie, twoje wybory...no, i..ee... moje frytki. Tyle w tej kwestii. Wychodzisz? Na twoim miejscu nie zostawałbym kolejny raz sam w studiu.
- Tak, tylko pozbieram rzeczy i idę za jakieś 5 minut.
- Ok, do zobaczenia jutro. A, i jak znając twoje szczęście, a właściwie anty-szczęście to postaraj się nie wpaść pod pociąg, tramwaj czy cokolwiek. Trzeba by jutro coś nagrać, a głowa będzie ci chyba potrzebna.
- Ta, dzięki.
Uśmiechnęliśmy sie do siebie i już go nie było. Miło mieć choć jednego przyjaciela, który wierzy, że wiesz co robisz. Miałem zbierać graty, no tak. Ok, gitara, notes, torba, kluczyki...chyba wszystko jest. Jeszcze oczywiście telefon i można ruszać.
                                                                        ***                                                                         Jezu jak ja tęskniłem za tym domem. Za łóżkiem, za szczękiem klucza w pół rozwalonym zamku, nawet za tym cholernym gołębiem, który nie raz "zbombardował" mnie z dachu. Tak, to dziwne, ale prawdziwe. Wchodzić do domu i czuć ciepło. O tym marzyłem od tygodnia. Nadal stałbym  w przedpokoju jak pajac, gdyby nie Tal...
- Nie śpisz?
- Nie, czemu wypisałeś się ze szpitala?! Miałeś poważne obrażenia, dobrze sie czujesz?
- Kochanie, czuję się wspaniale. Szczerze myślałem, że raczej ucieszysz sie na mój widok. Ale nie przejmuj się zdążyłem przywyknąć. Nawet nie wiesz jaką mieli "radochę" na mój widok moi drodzy przyjaciele.
- Daj spokój. Wiesz, że się ciesze, tylko się martwię. Powinieneś dbać o siebie.
- I będę.  Tylko w domu. Zresztą, w domu będzie mi to szło o wiele lepiej zobaczysz. To co, jest ok?
- No dobrze, jest ok.
- Skoro jest ok, to zapraszam do sypialni. Wiesz, że według mnie zawsze wyglądasz olśniewająco. Tylko się zastanawiam czy w tym tygodniu w ogóle spałaś.
- Nie musisz ukrywać, że wyglądam jak zombie. Doskonale o tym wiem.
- Jak mówiłem, zawsze wyglądasz olśniewająco.
Oboje wybuchliśmy śmiechem. Jak dobrze być w domu.
----------------------------------------------------------------------
tak mnie jakoś naszło na pisanie. Wydaje mi się
 albo rozdział jest nieco dłuższy niż pozostałe. ;)