Część 6
Chester:
Nie mogę otworzyć oczu... umarłem? Czy to możliwe? Nie... przecież oddycham. Czuję kogoś w pobliżu, czuję jak smukłe długie palce zaciskają się na mojej dłoni. Chce odwzajemnić uścisk, ale nie mogę. Nie mam kontroli nad własnym ciałem, ale jednak żyję. Może do końca życia nie będę mógł się ruszyć. Mijają godziny. Ktoś wchodzi, wychodzi. Słysze szybkie, ciche rozmowy. Jednak przy moim łóżku nadal ktoś siedzi. To Tal, wiedziałem, kiedy jej głowa opadła powoli na moje ramię. Płakała, jej ciepłe łzy ześlizgiwały się wzdłuż mojej ręki na kafelkową posadzkę. Nie mogłem się odezwać, ale nie chcę żeby płakała przeze mnie, zawsze dawałem jej tak dużo powodów do płaczu. Teraz cierpię kiedy widzę łzy na jej twarzy. Po chwili usłyszałem jej równy oddech i sam zasnąłem.
Obudziła mnie rozmowa:
- No cóż, nie ukrywam że stan pani męża jest naprawdę poważny, ale nic nie zagraża jego życiu.
- Panie doktorze... czy może mi pan powiedzieć kiedy on się obudzi?
- Nie jesteśmy w stanie dokładnie tego stwierdzić...myślę że w ciągu następnych trzech godzin, ale mogą to być równie dobrze dwie doby. Trudno się dziwić, kiedy ma się połamane żebra i wstrząs mózgu... Przepraszam muszę już iść, inni pacjenci czekają.
- Tak, naturalnie, dziękuję.
Trzask drzwiami. Czy to znaczy, że nadal śpię? Przecież ja wszystko słyszę, czuję... Otworzyłem oczy, nareszcie. Biel ścian raziła tak mocno , że musiałem długo je mrużyć zanim przywykłem do tej wizji.
- Chester? Kochanie, jak się czujesz?
chciałem powiedzieć "dobrze" jednak brzmiało to bardziej jak Mike w toalecie w studiu... Ta myśl przywiodła na moją twarz lekki uśmiech. Talinda chyba to zrozumiała, mam taką nadzieję. Też się do mnie uśmiechnęła i nie wiadomo czemu znów się rozpłakała.
- Nie.. płacz...proszę...
Powiedziałem z trudem łapiąc oddech. Wtedy ktoś dosłownie wbiegł do sali na co Tal odwróciła się nerwowo.
- Chester!
Usłyszałem głos Mike'a.
- To ja może dam wam pogadać.
Powiedziała moja żona i powoli poszła w stronę drzwi. Nie chciałem żeby wychodziła, ale musiałem pogadać z przyjacielem. Więc zacząłem:
- Co.. się właściwie sstało?
- Jak to? Nikt ci nie powiedział? No więc Tal do mnie dzwoniła, ja i Brad poszliśmy cie szukać do studia i... leżałeś cały we krwi i ... karetka..ee zabrała cię do szpitala. Jakieś cztery dni temu...
Zapadła głucha cisza.
-A co ze studiem?!
Nagle przypomniałem sobie co wydarzyło się zanim tu trafiłem.
- No... trochę sprzętu można spisać na straty i...
- Ukradli i zdemolowali wszystko co się dało.
Joe stał w rogu sali, po minie Mikey'a wywnioskowałem, że on też jest zaskoczony jego obecnością.
Po chwili dotarł do mnie sens jego słów. Nasze studio... zdemolowane? Wszystko zaczęło mnie boleć cztery razy mocniej. Zaczęły mi się ukazywać mroczki przed oczami zanim Mike powiedział:
- Musiałeś tak prosto z mostu?
- Chyba lepiej żeby od razu wiedział na czym stoimy. Potem na widok "studia" dostałby zawału.
Kiedy Shinoda otwierał już usta żeby się odgryźć przerwałem ich kłótnie:
- Słuchajcie... przepraszam. Ja mogłem coś zrobić, byłem tam ostatni i ...
Nie wiedziałem co powiedzieć, na moje szczęście po raz kolejny usłyszałem głos Shinody.
-Daj spokój stary, miałeś się rzucić na.... chwila, ilu ich tam było..?
- czterech...
Odpowiedziałem niechętnie, a przyjaciel kontynuował:
- Miałeś się rzucić na czterech facetów? Zwariowałeś? Dobrze, że w ogóle żyjesz.
- Brad z Robem już tu jadą, a Dave będzie za godzinę. Tak poza tematem...
Odezwał się Mr. Hahn.
Kolejne trzy dni przeleżałem w szpitalu. Nalegałem żeby Tal jeździła na noc do domu, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Była przy mnie cały czas. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie płakała. Ukrywała to przede mną, ale oboje znamy się na wylot. Nie mogłem już patrzeć na jej ból, więc pewnego wieczory zapytałem.
- Kochanie, co się dzieje, czemu płaczesz?
- Nie płacze, tylko...
- Tylko co?
- Ja....Ty...byłeś cały we krwi... myślałam, że...
Wybuchła płaczem. Przytuliłem ją w miarę moich możliwości ruchowych. A ona wychlipała przez łzy:
- Mogłam cię stracić...
- Tal, ty nigdy mnie nie stracisz. Słyszysz? Nigdy.
Pocałowałem ja w czoło.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Przesiedzieliśmy całą noc przytulając się i ciesząc po prostu swoją obecnością.
------------------------------------------------------------------------------------------------------
coś mi nie wyszedł ten rozdział ; /
piątek, 14 lutego 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Część 5
Mike:
Leżąc w łóżku rozmyślam nad ostatnimi zdarzeniami. Między mną, a Chesterem nigdy nie będzie tak samo.
To nawet lepiej, mam go dość. Wiecznie jest poszkodowany, wszystko kręci się wokół niego, Wiecznie jestem na drugim planie... Chwila, czy to... czy to telefon? O tej porze? Moja żona Anna poruszyła się niespokojnie obok mnie.
- Śpij, ja pójdę.
Powiedziałem krótko i pocałowałem ją w policzek. Powoli wyszedłem z łóżka przeszedłem przez salon aż do telefonu w korytarzu.
- Halo?
- M-mike? tto ja Talinda... Wiesz gdzie jest Ches...
Poczułem nagłą złość, zacząłem krzyczeć do słuchawki.
-NIE, NIE WIEM GDZIE JEST CHESTER! MOŻE POSZEDŁ SIĘ NAPIERDOLIĆ ALBO KTOŚ GO ZAMORDOWAŁ, GÓWNO MNIE TO OBCHODZI!
Trzasnąłem słuchawką tak, że reszta telefonu spadła z haczyka na ścianie i roztrzaskała się o posadzkę. Anna już biegła do mnie przestraszona.
- Kto dzwonił?
- Eee... Talinda...
- Talinda? To na nią tak krzyczałeś?! Co się stało?
- Chyba chciała się zapytać czy wiem gdzie jest Chaz.
- Nie rozumiem...
- No.. pokłóciłem się z Chesterem i trochę się uniosłem.
- Mikey! Ona musi być teraz przerażona. Powiedziałeś, że ktoś mógł go zamordować, czy ty jesteś nienormalny?!
- Ona wie, że nie mówiłem poważnie.
- Och, daj spokój! Gdyby mnie nie było cały dzień w domu, a ktoś powiedziałby ci, że mogę już nie żyć to jak byś się czuł?
- Cóż... z tej perspektywy....
Szybko wyjęła telefon, wybrała numer i poszła do salonu. Świetnie! Teraz przez Chestera będę się kłócił z żoną! Mimo to poszedłem za nią i usłyszałem skrawki rozmowy:
- Spokojnie... nie przyjechał do domu? Tak, poproszę go.
Rozłączyła się. I podeszła do mnie.
- Proszę, jedź do studia i zobacz, czy tam go nie ma.
- Ale...
- Proszę, i zadzwoń do reszty zespołu... może oni coś wiedzą.
- Dobrze już idę.
Ze złością trzasnąłem drzwiami i wsiadłem do samochodu. Po drodze do studia zadzwoniłem do chłopaków. Brad postanowił spotkać się ze mną na miejscu. Dojechałem pierwszy, ale to co zobaczyłem wcale nie przypominało, tego co było tu kilka godzin temu... Moim oczom ukazał się pusty, zdewastowany budynek z powybijanymi oknami. Usłyszałem szybkie kroki.
- Co tu się...
Brad nie dokończył zapewne widząc moją minę pod tytułem : "WTF?!". Znów zaczął biec w kierunku studia. Mocno zdezorientowany powlokłem się za nim nie kontrolując swoich ruchów. Drzwi sforsowane, po sprzęcie ani śladu, szyby okien w kawałkach. To studio to całe moje życie! Mój przyjaciel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego co się stało, bo po chwili powiedział:
- Chestera tu chyba nie ma. Sprawdzę czy jest jego samochód.
Po czym wybiegł z pomieszczenia, które kiedyś było naszym "pokojem nagrań". Czy on wcale się tym nie przejmuje?! Tutaj spędzałem każdą wolną chwilę, tutaj pracowałem, spotykałem się z przyjaciółmi. Można by powiedzieć: Tutaj żyłem.
- MIKE!
Usłyszałem wrzaski i za ich śladem doszedłem do tylnego wyjścia. Przerażona mina Brada nie była głównym celem wycieczki. Na betonowej posadzce leżał Chaz. Nieprzytomny, otoczony kałużą krwi. Nic się teraz nie liczyło, NIC. Ani moja kłótnia z Ann ani zdemolowane studio. Sięgnąłem po komórkę cały się trzęsąc zadzwoniłem po karetkę. Delson w tym czasie też dzwonił, ale do Tal. Powiedział żeby przyjechała natychmiast do studia, bo znaleźliśmy Chestera. I nic więcej. Sam lepiej bym tego nie odegrał. Następne wydarzenia potoczyły się w przyspieszonym tempie. Upewniliśmy się, że nasz przyjaciel żyje i oddycha. Przyjechała Tal, zaraz po niej karetka i zabrała ich obydwoje.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
No cóż.... coś się dzieje ;)
Mike:
Leżąc w łóżku rozmyślam nad ostatnimi zdarzeniami. Między mną, a Chesterem nigdy nie będzie tak samo.
To nawet lepiej, mam go dość. Wiecznie jest poszkodowany, wszystko kręci się wokół niego, Wiecznie jestem na drugim planie... Chwila, czy to... czy to telefon? O tej porze? Moja żona Anna poruszyła się niespokojnie obok mnie.
- Śpij, ja pójdę.
Powiedziałem krótko i pocałowałem ją w policzek. Powoli wyszedłem z łóżka przeszedłem przez salon aż do telefonu w korytarzu.
- Halo?
- M-mike? tto ja Talinda... Wiesz gdzie jest Ches...
Poczułem nagłą złość, zacząłem krzyczeć do słuchawki.
-NIE, NIE WIEM GDZIE JEST CHESTER! MOŻE POSZEDŁ SIĘ NAPIERDOLIĆ ALBO KTOŚ GO ZAMORDOWAŁ, GÓWNO MNIE TO OBCHODZI!
Trzasnąłem słuchawką tak, że reszta telefonu spadła z haczyka na ścianie i roztrzaskała się o posadzkę. Anna już biegła do mnie przestraszona.
- Kto dzwonił?
- Eee... Talinda...
- Talinda? To na nią tak krzyczałeś?! Co się stało?
- Chyba chciała się zapytać czy wiem gdzie jest Chaz.
- Nie rozumiem...
- No.. pokłóciłem się z Chesterem i trochę się uniosłem.
- Mikey! Ona musi być teraz przerażona. Powiedziałeś, że ktoś mógł go zamordować, czy ty jesteś nienormalny?!
- Ona wie, że nie mówiłem poważnie.
- Och, daj spokój! Gdyby mnie nie było cały dzień w domu, a ktoś powiedziałby ci, że mogę już nie żyć to jak byś się czuł?
- Cóż... z tej perspektywy....
Szybko wyjęła telefon, wybrała numer i poszła do salonu. Świetnie! Teraz przez Chestera będę się kłócił z żoną! Mimo to poszedłem za nią i usłyszałem skrawki rozmowy:
- Spokojnie... nie przyjechał do domu? Tak, poproszę go.
Rozłączyła się. I podeszła do mnie.
- Proszę, jedź do studia i zobacz, czy tam go nie ma.
- Ale...
- Proszę, i zadzwoń do reszty zespołu... może oni coś wiedzą.
- Dobrze już idę.
Ze złością trzasnąłem drzwiami i wsiadłem do samochodu. Po drodze do studia zadzwoniłem do chłopaków. Brad postanowił spotkać się ze mną na miejscu. Dojechałem pierwszy, ale to co zobaczyłem wcale nie przypominało, tego co było tu kilka godzin temu... Moim oczom ukazał się pusty, zdewastowany budynek z powybijanymi oknami. Usłyszałem szybkie kroki.
- Co tu się...
Brad nie dokończył zapewne widząc moją minę pod tytułem : "WTF?!". Znów zaczął biec w kierunku studia. Mocno zdezorientowany powlokłem się za nim nie kontrolując swoich ruchów. Drzwi sforsowane, po sprzęcie ani śladu, szyby okien w kawałkach. To studio to całe moje życie! Mój przyjaciel chyba nie zdawał sobie sprawy z tego co się stało, bo po chwili powiedział:
- Chestera tu chyba nie ma. Sprawdzę czy jest jego samochód.
Po czym wybiegł z pomieszczenia, które kiedyś było naszym "pokojem nagrań". Czy on wcale się tym nie przejmuje?! Tutaj spędzałem każdą wolną chwilę, tutaj pracowałem, spotykałem się z przyjaciółmi. Można by powiedzieć: Tutaj żyłem.
- MIKE!
Usłyszałem wrzaski i za ich śladem doszedłem do tylnego wyjścia. Przerażona mina Brada nie była głównym celem wycieczki. Na betonowej posadzce leżał Chaz. Nieprzytomny, otoczony kałużą krwi. Nic się teraz nie liczyło, NIC. Ani moja kłótnia z Ann ani zdemolowane studio. Sięgnąłem po komórkę cały się trzęsąc zadzwoniłem po karetkę. Delson w tym czasie też dzwonił, ale do Tal. Powiedział żeby przyjechała natychmiast do studia, bo znaleźliśmy Chestera. I nic więcej. Sam lepiej bym tego nie odegrał. Następne wydarzenia potoczyły się w przyspieszonym tempie. Upewniliśmy się, że nasz przyjaciel żyje i oddycha. Przyjechała Tal, zaraz po niej karetka i zabrała ich obydwoje.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
No cóż.... coś się dzieje ;)
środa, 5 lutego 2014
Część 4
Siedziałem w studiu, myślałem nad wszystkim co powiedziałem i usłyszałem. Głowa pękała mi z bólu. Minęło może 10 minut może godzina... jakie to ma znaczenie? Jak przez mgłę usłyszałem dzwonek telefonu... Nie chciałem z nikim rozmawiać. Z wielkim oporem powoli wyjąłem telefon i niechętnie przyłożyłem do ucha.
- Halo?
powiedziałem smętnym głosem.
- Mój Boże gdzie ty jesteś tyle czasu?!
Roztrzęsiony Głos Tal od razu mnie rozbudził, jestem pewien, że płakała.
- Ja..ee...jestem w studiu.
- Miałeś być w domu godzinę temu, czemu wcześniej nie odbierałeś?
Jak to nie odbierałem? Przecież nikt do mnie nie dzwonił... A może, może byłem zbyt zamyślony żeby to usłyszeć. Przecież nawet jej słowa odbijały się w mojej głowie dość długo, zanim w końcu je zrozumiałem.
- Nie słyszałem dzwonka przepraszam, będę w domu za jakieś 15 minut. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, uważaj na siebie.
Szybko się rozłączyłem i pobiegłem po kurtkę. Zarzuciłem ją na siebie i wybiegłem tylnym wyjściem, żeby jak najszybciej wsiąść do samochodu. Jednak coś mnie zatrzymało... Właściwie ktoś. Tak, dopiero to do mnie doszło. Przede mną stało ze czterech mięśniaków i przyglądało mi się podejrzliwie.
- A ty skąd tutaj się wziąłeś?
Zapytał jeden, najwyraźniej przywódca pozostałych.
- To chyba ja powinienem wam zadać to pytanie, to moje studio i z tego co wiem to nie powinno tu być nikogo kogo nie znam.
Powiedziałem starając się zmusić do opanowania drżącego głosu. Popatrzyli na mnie z wyższością.
- No właśnie, masz racje... Tak się składa, że nikogo nie powinno tu być...
poczułem jak ogromna dłoń przewraca mnie jednym brutalnym ruchem na ziemię. Nawet bez tego ledwo trzymałem się na nogach. Próbowałem zamaskować ból który teraz tak wyraźnie przeszył moją czaszkę i zszedł po kościach aż do stóp. Chciałem zaprotestować, ale trudno jest powiedzieć cokolwiek kiedy w płucach nie ma już powietrza. Ogromne buty jeden za drugim wbijały się między moje żebra. Krzyczałem, lecz nawet w myślach nie mogłem nic usłyszeć. Otaczały mnie śmiechy nabiegające wściekłością. Były wszędzie, z każdej strony.
- I co? Nauczyłeś się już, żeby nie podskakiwać tym, którym do pięt nie sięgasz?!
Znów śmiech wypełnił moją obolałą głowę
- Może jeszcze jedna "lekcja" dobrego wychowania?
Chciałem wrzeszczeć, płakać, zrobiłbym wszystko tylko, żeby zostawili mnie w spokoju. Oczy zalała mi ciepła, czerwona ciecz... powoli przerodziła się w ciemność. Nic więcej nie zobaczyłem.
Siedziałem w studiu, myślałem nad wszystkim co powiedziałem i usłyszałem. Głowa pękała mi z bólu. Minęło może 10 minut może godzina... jakie to ma znaczenie? Jak przez mgłę usłyszałem dzwonek telefonu... Nie chciałem z nikim rozmawiać. Z wielkim oporem powoli wyjąłem telefon i niechętnie przyłożyłem do ucha.
- Halo?
powiedziałem smętnym głosem.
- Mój Boże gdzie ty jesteś tyle czasu?!
Roztrzęsiony Głos Tal od razu mnie rozbudził, jestem pewien, że płakała.
- Ja..ee...jestem w studiu.
- Miałeś być w domu godzinę temu, czemu wcześniej nie odbierałeś?
Jak to nie odbierałem? Przecież nikt do mnie nie dzwonił... A może, może byłem zbyt zamyślony żeby to usłyszeć. Przecież nawet jej słowa odbijały się w mojej głowie dość długo, zanim w końcu je zrozumiałem.
- Nie słyszałem dzwonka przepraszam, będę w domu za jakieś 15 minut. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, uważaj na siebie.
Szybko się rozłączyłem i pobiegłem po kurtkę. Zarzuciłem ją na siebie i wybiegłem tylnym wyjściem, żeby jak najszybciej wsiąść do samochodu. Jednak coś mnie zatrzymało... Właściwie ktoś. Tak, dopiero to do mnie doszło. Przede mną stało ze czterech mięśniaków i przyglądało mi się podejrzliwie.
- A ty skąd tutaj się wziąłeś?
Zapytał jeden, najwyraźniej przywódca pozostałych.
- To chyba ja powinienem wam zadać to pytanie, to moje studio i z tego co wiem to nie powinno tu być nikogo kogo nie znam.
Powiedziałem starając się zmusić do opanowania drżącego głosu. Popatrzyli na mnie z wyższością.
- No właśnie, masz racje... Tak się składa, że nikogo nie powinno tu być...
poczułem jak ogromna dłoń przewraca mnie jednym brutalnym ruchem na ziemię. Nawet bez tego ledwo trzymałem się na nogach. Próbowałem zamaskować ból który teraz tak wyraźnie przeszył moją czaszkę i zszedł po kościach aż do stóp. Chciałem zaprotestować, ale trudno jest powiedzieć cokolwiek kiedy w płucach nie ma już powietrza. Ogromne buty jeden za drugim wbijały się między moje żebra. Krzyczałem, lecz nawet w myślach nie mogłem nic usłyszeć. Otaczały mnie śmiechy nabiegające wściekłością. Były wszędzie, z każdej strony.
- I co? Nauczyłeś się już, żeby nie podskakiwać tym, którym do pięt nie sięgasz?!
Znów śmiech wypełnił moją obolałą głowę
- Może jeszcze jedna "lekcja" dobrego wychowania?
Chciałem wrzeszczeć, płakać, zrobiłbym wszystko tylko, żeby zostawili mnie w spokoju. Oczy zalała mi ciepła, czerwona ciecz... powoli przerodziła się w ciemność. Nic więcej nie zobaczyłem.
wtorek, 4 lutego 2014
Część 3
Siedzieliśmy oboje zajmujący się swoją pracą. Ta cisza... Przerażająca, głucha cisza nie dawała mi spokoju.
Czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co. Nagle uśmiech zagościł na mojej twarzy choć wcale nie było mi do śmiechu. Upewniłem się, Mike tego nie zobaczył, więc mogłem myśleć dalej. To zabawne, że zawsze coś mówię, zawsze mam jakiś pomysł nawet jeżeli nie powinienem się czasami odzywać. Teraz chyba pierwszy raz w życiu nie mam nic do powiedzenia.Czuję jak w głowie kłębi mi się mnóstwo pytań. Przeprosić go? Ale za co? Za to, że powiedziałem to co myślę? Za to, że pracowałem ze wszystkimi i robiłem to co umiem najlepiej? Nie, to nie ma sensu. Tak samo bezsensowne jest dalej przekonywać go o dobrym stanie piosenki, z którą nadal się męczymy. Z pewnością chciałem podkreślić swoją obecność. Przecież ja wciąż tu jestem, wciąż próbuje pomóc mu skończyć ten kawałek. Chciałem żeby to zobaczył i widział, że nie tylko on sam pracuje. Jak pewnie teraz myślli.
- Chaz...
Usłyszałem i gwałtownie obróciłem się na krześle. Teraz siedziałem do niego przodem.
- Może rzeczywiście trochę przesadzam. No, ale...
-TROCHĘ?!
Wypaliłem tak gwałtownie, że przyjaciel wbił we mnie wzrok. Miałem się z nim nie kłócić, ale nie mogłem się powstrzymać. Strasznie działał mi na nerwy. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, czułem się strasznie niezręcznie. Jakbym nie zrobił tego, czego ode mnie oczekiwano...
- No dobra BARDZO przesadzam, ale zrozum, to ja jestem tak jakby wydawcą tej płyty i...
Do mojej głowy napływały coraz gwałtowniejsze fale gniewu, mimo to pozwoliłem mu dokończyć.
- i czuję się za nią odpowiedzialny. Za to czy spodoba się fanom, czy nie. Dlatego..może w przeciwieństwie do niektórych... trochę bardziej się staram...
Ja nie wytrzymam, teraz będzie mi wmawiał, że nikt prócz niego nie starał się nad NASZĄ WSPÓLNĄ płytą! Widząc moją minę dodał szybko:
- Oczywiście doceniam to, że przychodzicie i nagrywacie ze mną, ale...
Nie, teraz przesadził. Docenia, że mu pomagamy?! To już dla mnie za dużo, musiałem zareagować.
- Chwila, TY jesteś wydawcą tej płyty tak?!
- No nie, ale czuję się za nią odpowiedzialny i...
- I co?! Myślisz, że mi i chłopakom na niej nie zależy?! To Linkin Park jest odpowiedzialny za tę płytę, nie tylko ty, nie tylko ja, tylko Linkin Park! Cały zespół pracuje! Wszyscy harują tak jak ty! Ale jesteś przekonany, że umiemy wszystko tylko spieprzyć! I oczywiście TYLKO TY robisz coś pożytecznego, a my przychodzimy tu, żeby ci się poprzyglądać! My się opierdzielamy, nie robimy zupełnie NIC, a ty robisz WSZYSTKO za nas! Tak myślisz prawda?!
Wpatrywał mi się z przerażeniem i uwagą, zupełnie jak Talinda tego rana... Nie mogłem teraz o tym myśleć, byłem zbyt wkurzony. Powiedziałem mu o wiele więcej niż chciałem, ale byłem dziwnie zadowolony z słów które wyrwały mi się z ust mimochodem.
- Wcale nie, tylko... Ja nie wiedziałem, nie myślałem, że z waszej perspektywy tak to wygląda. Chciałem tylko zdążyć na czas.
- Zdążylibyśmy, gdybyś wiecznie się na nas nie wydzierał! jesteśmy przecież zespołem! Ha, komu ja to mówię. Ty zapomniałeś już jak wygląda praca zespołowa.
Chyba trafiłem w czuły punkt, bo Mike wybuchł niespodziewanie.
-Ja się na ciebie wydzieram?! A kto zaczął mi wmawiać, że podobno "Jestem przekonany, że umiecie tylko wszystko spieprzyć"? Mówisz, że to ja zapomniałem jak się pracuje w zespole, tak?
Na to nie byłem przygotowany...Bo jak właściwie odpowiedzieć na swoje słowa? Wiedziałem, że się myli, ale jak mu to powiedzieć?! Widząc moją bezradność pokręcił głową i zrobił znaczącą minę.Tak jest, przegrałem tę walkę...
- Nie chcę cię widzieć, już nigdy więcej!
Rzucił za siebie trzaskając drzwiami.
- I vice versa!
zawołałem za nim. Nic nie odpowiedział, ale jestem pewien, że to usłyszał. Poczułem się troche lepiej. To uczucie jednak nie trwało zbyt długo.
Nie chciałem go aż tak wpienić, ale z drugiej strony dobrze zareagowałem. Nie może myśleć o nas jak o bezużytecznych leniach korzystających z jego pracy. W końcu jesteśmy przyjaciółmi... może byliśmy...usłyszałem dźwięk samochodu ruszającego z wielką siłą i wyjeżdżającego z parkingu przed studiem. Zostałem sam z moimi wciąż splątanymi myślami.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wyszedł mi ten rozdział, ale w końcu go napisałam. Może komuś się spodoba (mam taką nadzieję) ;)
Siedzieliśmy oboje zajmujący się swoją pracą. Ta cisza... Przerażająca, głucha cisza nie dawała mi spokoju.
Czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co. Nagle uśmiech zagościł na mojej twarzy choć wcale nie było mi do śmiechu. Upewniłem się, Mike tego nie zobaczył, więc mogłem myśleć dalej. To zabawne, że zawsze coś mówię, zawsze mam jakiś pomysł nawet jeżeli nie powinienem się czasami odzywać. Teraz chyba pierwszy raz w życiu nie mam nic do powiedzenia.Czuję jak w głowie kłębi mi się mnóstwo pytań. Przeprosić go? Ale za co? Za to, że powiedziałem to co myślę? Za to, że pracowałem ze wszystkimi i robiłem to co umiem najlepiej? Nie, to nie ma sensu. Tak samo bezsensowne jest dalej przekonywać go o dobrym stanie piosenki, z którą nadal się męczymy. Z pewnością chciałem podkreślić swoją obecność. Przecież ja wciąż tu jestem, wciąż próbuje pomóc mu skończyć ten kawałek. Chciałem żeby to zobaczył i widział, że nie tylko on sam pracuje. Jak pewnie teraz myślli.
- Chaz...
Usłyszałem i gwałtownie obróciłem się na krześle. Teraz siedziałem do niego przodem.
- Może rzeczywiście trochę przesadzam. No, ale...
-TROCHĘ?!
Wypaliłem tak gwałtownie, że przyjaciel wbił we mnie wzrok. Miałem się z nim nie kłócić, ale nie mogłem się powstrzymać. Strasznie działał mi na nerwy. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, czułem się strasznie niezręcznie. Jakbym nie zrobił tego, czego ode mnie oczekiwano...
- No dobra BARDZO przesadzam, ale zrozum, to ja jestem tak jakby wydawcą tej płyty i...
Do mojej głowy napływały coraz gwałtowniejsze fale gniewu, mimo to pozwoliłem mu dokończyć.
- i czuję się za nią odpowiedzialny. Za to czy spodoba się fanom, czy nie. Dlatego..może w przeciwieństwie do niektórych... trochę bardziej się staram...
Ja nie wytrzymam, teraz będzie mi wmawiał, że nikt prócz niego nie starał się nad NASZĄ WSPÓLNĄ płytą! Widząc moją minę dodał szybko:
- Oczywiście doceniam to, że przychodzicie i nagrywacie ze mną, ale...
Nie, teraz przesadził. Docenia, że mu pomagamy?! To już dla mnie za dużo, musiałem zareagować.
- Chwila, TY jesteś wydawcą tej płyty tak?!
- No nie, ale czuję się za nią odpowiedzialny i...
- I co?! Myślisz, że mi i chłopakom na niej nie zależy?! To Linkin Park jest odpowiedzialny za tę płytę, nie tylko ty, nie tylko ja, tylko Linkin Park! Cały zespół pracuje! Wszyscy harują tak jak ty! Ale jesteś przekonany, że umiemy wszystko tylko spieprzyć! I oczywiście TYLKO TY robisz coś pożytecznego, a my przychodzimy tu, żeby ci się poprzyglądać! My się opierdzielamy, nie robimy zupełnie NIC, a ty robisz WSZYSTKO za nas! Tak myślisz prawda?!
Wpatrywał mi się z przerażeniem i uwagą, zupełnie jak Talinda tego rana... Nie mogłem teraz o tym myśleć, byłem zbyt wkurzony. Powiedziałem mu o wiele więcej niż chciałem, ale byłem dziwnie zadowolony z słów które wyrwały mi się z ust mimochodem.
- Wcale nie, tylko... Ja nie wiedziałem, nie myślałem, że z waszej perspektywy tak to wygląda. Chciałem tylko zdążyć na czas.
- Zdążylibyśmy, gdybyś wiecznie się na nas nie wydzierał! jesteśmy przecież zespołem! Ha, komu ja to mówię. Ty zapomniałeś już jak wygląda praca zespołowa.
Chyba trafiłem w czuły punkt, bo Mike wybuchł niespodziewanie.
-Ja się na ciebie wydzieram?! A kto zaczął mi wmawiać, że podobno "Jestem przekonany, że umiecie tylko wszystko spieprzyć"? Mówisz, że to ja zapomniałem jak się pracuje w zespole, tak?
Na to nie byłem przygotowany...Bo jak właściwie odpowiedzieć na swoje słowa? Wiedziałem, że się myli, ale jak mu to powiedzieć?! Widząc moją bezradność pokręcił głową i zrobił znaczącą minę.Tak jest, przegrałem tę walkę...
- Nie chcę cię widzieć, już nigdy więcej!
Rzucił za siebie trzaskając drzwiami.
- I vice versa!
zawołałem za nim. Nic nie odpowiedział, ale jestem pewien, że to usłyszał. Poczułem się troche lepiej. To uczucie jednak nie trwało zbyt długo.
Nie chciałem go aż tak wpienić, ale z drugiej strony dobrze zareagowałem. Nie może myśleć o nas jak o bezużytecznych leniach korzystających z jego pracy. W końcu jesteśmy przyjaciółmi... może byliśmy...usłyszałem dźwięk samochodu ruszającego z wielką siłą i wyjeżdżającego z parkingu przed studiem. Zostałem sam z moimi wciąż splątanymi myślami.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wyszedł mi ten rozdział, ale w końcu go napisałam. Może komuś się spodoba (mam taką nadzieję) ;)
poniedziałek, 3 lutego 2014
Część 2
- Chyba nie sądzisz, że puszczę cię bez śniadania!
- Wybacz, śpieszę się zjem coś na mieście.
Powiedziałem zakładając białą koszulę w kratke.
Następnie pocałowałem ją w usta i poszedłem w stronę wyjścia.
- Jedź ostrożnie!
usłyszałem zamykając za sobą drzwi. W jednej chwili wskoczyłem za kierownice i zniknąłem jej z oczu. Włączyłem radio, jechałem. Na zegarku 11:56. Pewne jest to, że na próbę o 12:00 nie przyjadę punktualnie. Dźwięk dzwonka, odbieram.
- Chaz, kiedy będziesz?! Chcieliśmy już zaczynać!
Słyszę wściekłe wrzaski Mike'ya.
- Sorki, miałem mały poślizg.Jestem dopiero w połowie drogi.
-W połowie drogi?! Jaja sobie robisz?!
Brzmiał jakby na chwilę zabrakło mu powietrza.
- Nie, nie robię sobie jaj. Poza tym , człowieku wyluzuj, mamy cały dzień na próby.
- Musimy jeszcze dzisiaj skończyć nagrania na nowy album, wiesz ile to roboty?! A ty każesz mi się "wyluzować"! W jakim ty świecie żyjesz?
- Spokojnie, postaram się być jak najszybciej.
Natychmiast się rozłączyłem. Miałem nie bezpodstawne wrażenie, że Mike najchętniej wyskoczyłby z mojego telefony i udusiłby mnie gołymi rękami. Ta rozmowa kompletnie zepsuła mi nastrój na resztę dnia. Niestety Shinoda miał rację roboty było po dziurki w nosie. Na dodatek dłużyła mi się bez końca. I chyba nie tylko mnie.
- Ile razy jeszcze będziemy grać ten kawałek?! Stoimy w miejscu to nie ma sensu!
Powiedział Brad jakby odczytując moje myśli.
- Będziemy grać to tak długo jak będzie trzeba.
Odpowiedział z uporem Mike.
- Mike, on ma rację, w tym tempie nie skoczymy tego do końca miesiąca!
Powiedział Joe błagalnym tonem.
- A przypominam wszystkim, że mamy to zrobić dzisiaj.
Dodał Dave znudzony.
- To przejdziemy do kolejnej piosenki, czy nadal próbujemy być "idealni" i wałkujemy to setny raz?
Dorzuciłem, ale zaraz tego pożałowałem...
- Czy wy nic nie rozumiecie?! Ja tu pracuje, próbuje zrobić ten album najlepiej jak umiem, a wy odklepaliście swoją robotę, zrobiliście wszystko byle jak. To nie o to chodzi w muzyce!!!
Wszyscy zamilkli na dłuższą chwilę. Niezręczną, pełną napięcia ciszę przerwał Rob.
- No, właściwie to ja się starałem.
Ta wypowiedź nie pomogła nam w żaden sposób przeprosić przyjaciela. Jestem pewny, że reszta myślała to samo, co powiedział Rob. Spędziliśmy w studiu niezliczone godziny, wszyscy, nie tylko Mike. Skończyliśmy nagrywanie dopiero
o 18:00. Wszyscy bez słowa się rozeszli. Tylko ja i Shinoda zostaliśmy w studiu.
------------------------------------------------------------------------
to już 2 część po raz kolejny przepraszam za błędy. Na razie nic się nie dzieje, ale mam kilka pomysłów ;)
- Chyba nie sądzisz, że puszczę cię bez śniadania!
- Wybacz, śpieszę się zjem coś na mieście.
Powiedziałem zakładając białą koszulę w kratke.
Następnie pocałowałem ją w usta i poszedłem w stronę wyjścia.
- Jedź ostrożnie!
usłyszałem zamykając za sobą drzwi. W jednej chwili wskoczyłem za kierownice i zniknąłem jej z oczu. Włączyłem radio, jechałem. Na zegarku 11:56. Pewne jest to, że na próbę o 12:00 nie przyjadę punktualnie. Dźwięk dzwonka, odbieram.
- Chaz, kiedy będziesz?! Chcieliśmy już zaczynać!
Słyszę wściekłe wrzaski Mike'ya.
- Sorki, miałem mały poślizg.Jestem dopiero w połowie drogi.
-W połowie drogi?! Jaja sobie robisz?!
Brzmiał jakby na chwilę zabrakło mu powietrza.
- Nie, nie robię sobie jaj. Poza tym , człowieku wyluzuj, mamy cały dzień na próby.
- Musimy jeszcze dzisiaj skończyć nagrania na nowy album, wiesz ile to roboty?! A ty każesz mi się "wyluzować"! W jakim ty świecie żyjesz?
- Spokojnie, postaram się być jak najszybciej.
Natychmiast się rozłączyłem. Miałem nie bezpodstawne wrażenie, że Mike najchętniej wyskoczyłby z mojego telefony i udusiłby mnie gołymi rękami. Ta rozmowa kompletnie zepsuła mi nastrój na resztę dnia. Niestety Shinoda miał rację roboty było po dziurki w nosie. Na dodatek dłużyła mi się bez końca. I chyba nie tylko mnie.
- Ile razy jeszcze będziemy grać ten kawałek?! Stoimy w miejscu to nie ma sensu!
Powiedział Brad jakby odczytując moje myśli.
- Będziemy grać to tak długo jak będzie trzeba.
Odpowiedział z uporem Mike.
- Mike, on ma rację, w tym tempie nie skoczymy tego do końca miesiąca!
Powiedział Joe błagalnym tonem.
- A przypominam wszystkim, że mamy to zrobić dzisiaj.
Dodał Dave znudzony.
- To przejdziemy do kolejnej piosenki, czy nadal próbujemy być "idealni" i wałkujemy to setny raz?
Dorzuciłem, ale zaraz tego pożałowałem...
- Czy wy nic nie rozumiecie?! Ja tu pracuje, próbuje zrobić ten album najlepiej jak umiem, a wy odklepaliście swoją robotę, zrobiliście wszystko byle jak. To nie o to chodzi w muzyce!!!
Wszyscy zamilkli na dłuższą chwilę. Niezręczną, pełną napięcia ciszę przerwał Rob.
- No, właściwie to ja się starałem.
Ta wypowiedź nie pomogła nam w żaden sposób przeprosić przyjaciela. Jestem pewny, że reszta myślała to samo, co powiedział Rob. Spędziliśmy w studiu niezliczone godziny, wszyscy, nie tylko Mike. Skończyliśmy nagrywanie dopiero
o 18:00. Wszyscy bez słowa się rozeszli. Tylko ja i Shinoda zostaliśmy w studiu.
------------------------------------------------------------------------
to już 2 część po raz kolejny przepraszam za błędy. Na razie nic się nie dzieje, ale mam kilka pomysłów ;)
niedziela, 2 lutego 2014
Część 1
Przywiązany do krzesła nie mogę się ruszyć, próbuję krzyczeć, lecz trudno cokolwiek powiedzieć przez usta zakryte grubą chustą. przed oczami ciemność... Czy oślepłem? Nie, to nie możliwe. oczy też na pewno mam zakryte. Słysze głos. Głos mężczyzny.- Nie bój się, nic ci nie zrobię...jeszcze nie.
- Gdzie jestem?!-mówię, kiedy zdjęto mi materiał z twarzy.-Zostaw mnie, proszę!
Głos nagle zmienia barwę. Tak ten ton dobrze znam, słodki kobiecy ton...
-Chester! Spokojnie, to ja, to tylko sen. Obudź się, błagam.
Dopiero teraz otwieram oczy, ale nie jestem całkiem spokojny. leże na podłodze, zlany potem ciężko oddychając siadam na beżowym dywanie.
- Nic ci nie jest?
W tej chwili uświadomiłem sobie, że nie jestem tu sam. Przy mnie klęczy dobrze mi znana czanowłosa kobieta. Nawet zalana łzami i z przerażeniem na twarzy jest przepiękna. W jej oczach jednak dostrzegłem troskę. Tak, często tak na mnie patrzyła...
- Chester, słyszysz mnie?
to zdanie natychmiast wyrwało mnie z zadumy.
- T-ttak kochanie, wszystko dobrze.
Powiedziałem to tak niepewnie, że sam bym sobie nie uwierzył. Więc żeby jakoś pokazać, że wszystko gra zerwałem się na równe nogi. Ten ruch był jednak nie przemyślany. Zbyt gwałtowny. Szybko, więc runąłem z powrotem na ziemię. Moja żona jeszcze bardziej się przeraziła, a potem pomogła mi powoli wstać i usiąść na brzegu łóżka.
- Talinda, dziękuję
Wydyszałem, nadal nie mogąc ustabilizować oddechu. Koszmary męczyły mnie już kilka dni, ale nigdy jeszcze do tego stopnia.
- Jesteś pewien, że wszystko ok?
- Tak słonko, kocham cię.
To zdanie powiedziałem już z pełnym przekonaniem.
- Ja ciebie też.
Jej usta musnęły mój policzek, a ja wreszcie uspokoiłem się jakby nic się nie stało. Jakbym obudził się o wschodzie słońca, spokojny i wyspany. Jedno jest pewne, nigdy nie spotkam takiej kobiety jak ona.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za błędy, ale to mój pierwszy wpis. Piszcie co o tym sądzicie i dajcie znać czy się podobało ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)