środa, 5 lutego 2014

                                                                 Część 4 

Siedziałem w studiu, myślałem nad wszystkim co powiedziałem i usłyszałem. Głowa pękała mi z bólu.  Minęło może 10 minut może godzina... jakie to ma znaczenie? Jak przez mgłę usłyszałem dzwonek telefonu... Nie chciałem z nikim rozmawiać. Z wielkim oporem powoli wyjąłem telefon i niechętnie przyłożyłem do ucha.
- Halo?
powiedziałem smętnym głosem.
- Mój Boże gdzie ty jesteś tyle czasu?!
Roztrzęsiony Głos Tal od razu mnie rozbudził, jestem pewien, że płakała.
- Ja..ee...jestem w studiu.
- Miałeś być w domu godzinę temu, czemu wcześniej nie odbierałeś?
Jak to nie odbierałem? Przecież nikt do mnie nie dzwonił... A może, może byłem zbyt zamyślony żeby to usłyszeć. Przecież nawet jej słowa odbijały się w mojej głowie dość długo, zanim w końcu je zrozumiałem.
-  Nie słyszałem dzwonka przepraszam, będę w domu za jakieś 15 minut. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, uważaj na siebie.
Szybko się rozłączyłem i pobiegłem po kurtkę. Zarzuciłem ją na siebie i wybiegłem tylnym wyjściem, żeby jak najszybciej wsiąść do samochodu. Jednak coś mnie zatrzymało... Właściwie ktoś. Tak, dopiero to do mnie doszło. Przede mną stało ze czterech mięśniaków i przyglądało mi się podejrzliwie.
- A ty skąd tutaj się wziąłeś?
Zapytał jeden, najwyraźniej przywódca pozostałych.
- To chyba ja powinienem wam zadać to pytanie, to moje studio i z tego co wiem to nie powinno tu być nikogo kogo nie znam.
Powiedziałem starając się zmusić do opanowania drżącego głosu. Popatrzyli na mnie z wyższością.
- No właśnie, masz racje... Tak się składa, że nikogo nie powinno tu być...
poczułem jak ogromna dłoń przewraca mnie jednym brutalnym ruchem na ziemię. Nawet bez tego ledwo trzymałem się na nogach. Próbowałem zamaskować ból który teraz tak wyraźnie przeszył moją czaszkę i zszedł po kościach aż do stóp. Chciałem zaprotestować, ale trudno jest powiedzieć cokolwiek kiedy w płucach nie ma już powietrza. Ogromne buty jeden za drugim wbijały się między moje żebra. Krzyczałem, lecz nawet w myślach nie mogłem nic usłyszeć. Otaczały mnie śmiechy nabiegające wściekłością. Były wszędzie, z każdej strony.
- I co? Nauczyłeś się już, żeby nie podskakiwać tym, którym do pięt nie sięgasz?!
Znów śmiech wypełnił moją obolałą głowę
- Może jeszcze jedna "lekcja" dobrego wychowania?
Chciałem wrzeszczeć, płakać, zrobiłbym wszystko tylko, żeby zostawili mnie w spokoju.
 Oczy zalała mi ciepła, czerwona ciecz... powoli przerodziła się w ciemność. Nic więcej nie zobaczyłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz